• Anna

Czemu ten logotyp taki drogi, czyli za co płacisz designerowi/projektantowi/art directorowi*?

Miliony, żeby nie powiedzieć “miliardy” razy słyszałam od potencjalnych klientów czy od znajomych projektantów “opowieści cennikowe”.

“Opowieść cennikowa”, drodzy Państwo, to nic innego jak dramatyczna litania, której wysłuchujecie po podaniu interesującej Was kwoty za swoją pracę. Tyczy się ona zapewne większości branż usługowych (tak, tak - designerzy, agencje reklamowe, butiki kreatywne to USŁUGI, o czym wielu zdaje się nie pamiętać ;) ) Posłużę się wyświechtanym, ale jakże przezabawnym zwrotem “A w piekarni też powiesz sprzedającemu, że możesz zapłacić ułamek ceny za chleb i ani grosza więcej?” No właśnie ;) Żeby nie było, że z nowym rokiem brzęczę i marudzę – już płynę do brzegu.



To za co w sumie płaci klient zamawiając logotyp?

4 żołnierskie słowa: kreatywność, wiedza, doświadczenie, czas. KROPKA, PIRJOD, TOĆKA.

I teraz clue programu, królik z kapelusza, as pik: na rynku istnieje multum firm, agencji, freelancerów, którzy są dość mocno zróżnicowani cenowo, w myśl zasadzie “dla każdego coś miłego”. I to jest super, bo każdy klient znajdzie dla siebie odpowiedni target nie tylko cenowy ale i stylistyczny.


Nie chcę mówić za innych, ale ja do pracy nad logotypem przygotowuję się bardzo solidnie. Robię #research, grzebię po branżach, których często wcześniej nie znałam (ucząc się jednocześnie, więc nie jest to czas stracony!) Wszystkie te działania angażują głowę, są czasochłonne. Czasem, po wpadnięciu w impas projektowy, trzeba z niego na siłę wyskakiwać (na szczęście mam swoje sposoby). Reasumując: zanim odpali się program graficzny i zacznie rysować, projektować, bawić się kolorami, typografią, zmieniać, poprawiać, robić od nowa, poświęca się sporo wysiłku i czasu. Często bywa też tak, że klient chciałby zobaczyć 2-3 propozycje swojego przyszłego znaku, zatem praca umysłowa aż furczy po kątach ;) I to wszystko jest super, zwłaszcza dla osoby, która kocha swoją pracę!


ALE!

Często praca twórcza jest niedoszacowana kosztowo. Z jednej strony dobry obraz (#logo, #keyvisual, #fotografia) stanowią często o powodzeniu kampanii, z drugiej natomiast nie przekłada się to na wynagrodzenie dla osoby/firmy, która ten obraz tworzy. Podam przykład z życia: parę lat temu zgłosiła się do znajomego firma, proponując przygotowanie key visuala #kampanii reklamowo-wizerunkowej. Bomba, chłopak zacierał już ręce, gdy coś go tknęło i dopytał szczegółowo o kwotę na fakturze. No i czar prysł, Annuszka rozlała olej. Kwota (o ile dla statystycznego Polaka bardzo, bardzo przyzwoita) okazała się wręcz ułamkiem kwoty, jaką klient planowo miał przeznaczyć na zakup mediów. I jasne, wszystko jest zrozumiałe, ale czy naprawdę nie widzimy różnicy w wynagrodzeniu za gołą przestrzeń billboardu a zapełniającym go pięknym zdjęciem czy świetną grafiką? Czy sam pusty billboard przyciągnie wzrok? Wywoła uśmiech? Żebyśmy mieli jasność, nie piszę tu o kwotach za usługi porównując je ze sobą, a o niedoszacowaniu i niedocenieniu znaczenia obrazu.


Ale nie o tym, nie o tym.

Tworzenie logo, że tak powrócę do korzeni, to przyjemna praca. Można się rozsiąść przy biurku (w moim przypadku rozwalić na łóżku :) ), pobujać w kreatywnych obłokach, włączyć muzykę, albo nie włączyć, można oglądać ładne rzeczy na #instagramie, #pintereście, gdzie bądź. Można się niegroźnie poinspirować, napatrzeć, zawiesić tęsknie oko na czymś, co powala pięknem (lub wręcz przeciwnie). Można też potem dostać nagłego olśnienia i rzucić się do komputera, odpaliwszy w te pędy program graficzny (nie wiem jak Wy, ale ja mam legalny) i zacząć najprzyjemniejsze: #PROJEKTOWANIEGRAFICZNE. Nie chcę zamęczać Was samym procesem, czasem jest to bułka z masłem, czasem męczymy umysł do oporu. Jednak w końcu przychodzi moment, w którym pierwsza wersja logotypu jest “prawie gotowa”. Fanfary, oklaski i w podnieceniu wysyłamy projekt klientowi i czekamy co powie. I tu zaczyna być różnie :)))) To zapewne temat na osobny post ;) Nieskromnie powiem, że chyba nie zdarzyło się, abym kompletnie nie trafiła w gust klienta, albo na tyle nie zrozumiała tematu, żeby już więcej klient nie zadzwonił. Jeśli tak było, proszę mi przypomnieć w wiadomości prywatnej :)))) Co nie oznacza, że nigdy nie było uwag, próśb, drobiazgów, które nierzadko wymagały przebudowy znaku ale i zajmowały czas. I nie ma sprawy, jeśli ta sytuacja powtarza się X razy (zawsze można z klientem wspólnie ustalić, czy robimy poprawki do oporu czy ufamy sobie i wiemy kiedy przestać :) )


Logo a księga znaku

I tu najczęściej zaczyna się prawdziwa zabawa :) O ile projektowanie samego #logo może zająć x czasu, o tyle już #księgaznaku to x do potęgi x :) Nie każdy klient chce mieć księgę znaku, nie każdy klient takowej potrzebuje. To proste: mała firma, która zarządzana jest przez jedną bądź “małe kilka” osób najczęściej dobrze wie i rozumie jak działa ich własne logo, raczej to oni decydują gdzie i jak je umieszczać i robią to dobrze. W przypadku większych firm czy korporacji sprawa nieco się komplikuje i potrzebne są informacje zawarte w księdze znaku, by nadać ciągłość #identyfikacji całej firmy. Co mam na myśli? Im więcej osób pracuje nad marką, tym więcej punktów widzenia :) O ile #brandmanager ma wpływ na to, co wyprawia się z produktem, logo czy komunikacją na zewnątrz firmy, o tyle już osoby nie do końca z marką związane mają milion pomysłów na minutę co by tu zmienić. Dlatego istnieją księgi znaku, #brandbooki, #księgiidentyfikacjiwizualnej, #manuale czy jak je tam zwał ;) (oczywiście znamy różnicę między księgą znaku a identyfikacji wizualnej).

A w tych księgach same dziwy: skąd pomysł na znak, jak go używać, jak go nie używać, wersje kolorystyczne, wersje zmiennych układów (pion/poziom), stosowana typografia, kolorystyka, pola ochronne i wiele innych elementów, które należy bardzo dokładnie i precyzyjnie przygotować, wyliczyć i zaprojektować. Podobnie rzecz ma się w przypadku identyfikacji wizualnej całej marki: tu elementów bywa znacznie więcej – od wizytówek po szablon materiałów prasowych, roll upów, billboardów – najczęściej od groma i ciut ciut, a i roboty z tym jest bez liku ;) Osobiście uwielbiam wszelkie prace nad manualem czy księgą identyfikacji, precyzja i “szczególarstwo” to słowa klucze i nie dla każdego :))))) I za taką pracę trzeba projektanta wynagrodzić.

Pal sześć ten czas, ale wiedza, umiejętności, cierpliwość, dokładność to nie są bezwartościowe cechy.

Swoim klientom zawsze do logotypu prezentuję mini księgę znaku, pokazuję w niej najważniejsze założenia znaku (układ, kolory, typografię, co można a czego nie). To miły dodatek, staram się go okrasić krótkimi opisami aby i sam klient miał wiedzę o (swoim przecież) materiale.



Zamawiając zatem projekt logotypu w studiofullglass dostajecie Państwo unikatowy materiał, osadzony w danej branży, w najnowszych trendach (albo i nie), dostosowany do przeróżnych materiałów, na których może się pojawiać, w wielu formatach graficznych i kolorystyce a do tego ładnie spięty w całość w mini (albo i maxi) księdze znaku (bądź identyfikacji).


Wracając do tematu głównego: za co te hajsy, na Boga?!

  1. kreatywność (mówię za siebie, ale to NAPRAWDĘ lata, które miną zanim wyrobi się odpowiedni styl pracy)

  2. wiedza (jako samouk myślę, że zdobycie jej samemu było najważniejsze i trwało parę ładnych lat)

  3. doświadczenie (własną firmę prowadzę od prawie 10 lat, a w zawodzie kreatywnym działam od ładnych kilkunastu, nie wypominając wieku :D)

  4. czas (tempus fugit, wiadomo)

  5. oprogramowanie (adobe najtańszy nie jest, a nie znam lepszego darmowego i kompatybilnego ze wszystkimi graficznymi rozszerzeniami), płatne fonty, vectory, szablony etc itd

  6. sprzęt (kocham jabłuszko najmniej za jego cenę :) )


I tak to jest. Więc jak następnym razem usłyszę “no weź, dla ciebie to przecież 5 minut” to zamorduję wzrokiem, o!

Dziękuję za uwagę!

*o rozróżnieniu powyższych w innym poście, SOON :)

142 views0 comments

Recent Posts

See All